Pokaż menuZamknij menumenu

Ekstremalne zanurzenie w sztukę

Gabriela Dragun

Od ujawnienia się do kontaktu. Od peryferii przestrzeni miejskiej do centrum. Tak pokrótce można określić drogę SURVIVALU i artystów, którzy już po raz piąty wzięli udział w Przeglądzie Młodej Sztuki w Ekstremalnych Warunkach, odbywającym się we Wrocławiu. Cykliczność imprezy daje możliwość obserwowania jak ewoluuje, zmienia się – i chyba w tym tkwi jeden z sekretów SURVIVALU.

A wszystko zaczęło się w 2003 roku od ingerencji w tereny zapomniane, wykluczone i zniszczone, z którymi sama nazwa i formuła Przeglądu zaczęła doskonale harmonizować. Walka o sztukę skojarzona z walką o byt okazała się pomysłem trafionym; SURVIVAL stał się dla artystów okazją do zmierzenia się z własnymi słabościami oraz ograniczeniami, jakie napotyka współczesna sztuka, uznawana za hermetyczną i niezrozumiałą.


Zmienność, przemieszczanie się, przechodzenie z jednego miejsca do drugiego umożliwiają zmianę punktu widzenia, otwierają na inność, zaciekawiają… Dlatego w tym roku oddałam się przyjemności dostrzegania różnic na przemian z wyławianiem stałych elementów, które łączą wszystkie edycje wrocławskiego SURVIVALU w całościowe, dynamiczne zjawisko.

Od początku istotą Przeglądu była otwartość, maksymalizacja doznań i doświadczeń oraz krytyczne nastawienie do zastanej rzeczywistości. Specyfikę przedsięwzięcia podkreślał wybór miejsc, gdzie prezentowana była sztuka. Od pierwszych edycji SURVIVALU zauważyć można konsekwentne otwieranie się na przestrzenie, które niczym nie przypominają galerii. Większość prac prezentowanych na terenach poradzieckich koszar wojskowych (SURVIVAL 1 i 2), w Browarze Mieszczańskim (SURVIVAL 3) ujawniło różne strategie przeżycia w świecie kultury masowej. Artyści próbowali uzyskać odpowiedź na pytanie, jak nie zatracić się, nie dać porwać wszechobecnej konsumpcji.

Nowy kierunek działań wyznaczył ubiegłoroczny SURVIVAL 4. Miejsce – Dworzec Główny PKP we Wrocławiu – oraz zaprezentowane na jego terenach prace pokazały, że zaczyna się nowy etap w walce nie tyle o zaprezentowanie się młodych twórców, co o odbiorcę oraz nową jakość kontaktu z nim. Survivalowcy ze świata zapomnianego, zahibernowanego przemieścili się tam, gdzie tętni życie, a czas nabiera szaleńczego tempa spieszących się ludzi. Młoda sztuka oprócz tego, że wdarła się do serca miasta, w nowe rejony, z impetem wdarła się też do świadomości odbiorcy. Udało się skonfrontować ze stereotypami dotyczącymi współczesnej sztuki, narzuconymi modelami zachowania czy wyrażania emocji.

SURVIVAL 5 kontynuował koncepcję ubiegłorocznej imprezy. Był kolejnym krokiem w budowaniu więzi z odbiorcą oraz procesem wtapiania się współczesnej sztuki w krajobraz miasta. Artyści jeszcze raz udowodnili, że nie straszna im konfrontacja z przypadkowym widzem i wymagającą przestrzenią. Widzowie byli nie tylko zdystansowanymi obserwatorami, ale stali się przede wszystkim współuczestnikami, współtwórcami zdarzeń artystycznych; a samo miejsce okazało się źródłem inspiracji i kanwą dla niekonwencjonalnych działań.

Plac Teatralny we Wrocławiu jest bowiem terenem interesującym – tu nowoczesność łączy się z tradycją. Leży on blisko Rynku i głównej ulicy Wrocławia: Świdnickiej, więc nie sposób go ominąć. Przez trzy dni – od 25. do 27. maja 2007 – odwiedzający Przegląd mogli, wyposażeni przez organizatorów w mapę przygotowaną specjalnie na okazję SYRVIVALU 5, odkrywać na nowo przylegający do placu Park im. Mikołaja Kopernika oraz okoliczne budynki: Teatr Lalek, Mediatekę, gmach Dolnośląskiej Wyższej Szkoły Służb Publicznych „Asesor”, Kamienicę Sachsów, Operę Dolnośląską czy Hotel Monopol. Mieli okazję przyjrzeć się ich fasadom, zajrzeć w ich zakamarki. Mogli poczuć też magię Kościoła Świętej Doroty i starych łaźni miejskich (teraz Wrocławskiego Centrum SPA).

Przestrzeń nie zdeterminowała twórców, choć miała znaczący wpływ na kształt ich prac. Wkomponowały się one w otoczenie i podjęły z nim swego rodzaju dyskusję. Tak różnorodne otoczenie kolejny raz uczyniło z artystów zdobywców: oswoili je, zaadaptowali dla potrzeb rozmaitych strategii twórczych: performanceu, environmentu, instalacji, happeningów, projektów multimedialnych. Widać było dbałość o budowanie atmosfery, której podstawą stały się dwa elementy – woda i czas.

Pomimo tak wielu wspólnych motywów tegoroczny SURVIVAL wyróżnił się językiem nowej wrażliwości. Dostarczył doznań, których przeżywanie tu i teraz uświadomiło ich nieuchwytność, subtelność i przemijalność. Ujawnił się inny poziom „otwierania się na świat”, polegający na umiejętności głębokiego zanurzania się w siebie poprzez kontakt ze sztuką – a nie, jak wcześniej, przez bunt. Dlatego pokusiłabym się o określenie poprzednich wydarzeń artystycznych (SURVIVAL 1, 2, 3 i 4) jako ekstrawertycznych – bo z tym kojarzy się ekspansja, narzucanie się, działanie i interakcje – a tegorocznych, paradoksalnie, jako introwertycznych. Ich wyróżnikiem była refleksyjność, emocjonalność, a nawet coś w rodzaju kontemplacji. Takie też wymagania postawili odwiedzającym Plac Teatralny niektórzy młodzi artyści. Szkoda, że część twórców przedłożyła konfrontację z odbiorcą nad walor artystyczny swoich poczynań.

Na piątym SURVIVALU moją uwagę przykuła przede wszystkim grupa prac cechująca się paralelnością działań, użytych środków wyrazu, symboli oraz metafor. Ich główną zasadą była tajemniczość, a tematem kobiecość. Stąd być może wzięła się wieloznaczność, a zarazem subtelność komunikatu płynącego z performanceu Moniki Koniecznej czy „perwersyjna” akcja grupy ŁUHUU! Kobieta ma przecież dwie natury.

Performance Moniki Koniecznej otworzył piąty SURVIVAL. W Sali Kolumnowej Teatru Lalek w smudze światła stała dziewczyna-lalka odgrodzona od otaczających ją ludzi białą krynoliną. Spódnica wyglądała jak klatka, w której zamknięto, a może ukryto tajemnicę kobiecości. Rude, kręcone włosy bogini-wiedźmy ujarzmiła spinająca je klamra. Dystans pogłębiała nieprzystępność, czystość białej dziewicy – dobitnie sygnalizowana jasnym ubiorem, bielą ciała.

Okiełznana seksualność dziewczyny kontrastowała z niczym nieskrępowanym tańcem-akrobacją młodych, pełnych wigoru mężczyzn. Oni – również ubrani i pomalowani na biało – niczym fale obijali się o brzeg jej spódnicy. Początkowo ich ruchy zsynchronizowane i pełne gracji, w miarę jak nasilało się zmęczenie, a krople potu pokrywały posągowe ciała akrobatów, gubiły rytm. Dopiero wtedy objawiła się ukrywana dotąd pod teatralnością gestów autentyczność emocji. Harmonię zastąpił szczególny rodzaj napięcia, wyczekiwania: Co będzie potem? Powściągliwa adoracja przerodziła się w wybuch temperamentów rywalizujących ze sobą mężczyzn. Taneczny krąg zaciskał się wokół bohaterki, znajdującej się w centrum wydarzeń. Ciało dziewczyny drgało, twarz wykrzywiał uśmiech-spazm, a czerwień szminki na ustach jednoznacznie kojarzyła się z krwią.

Działaniom towarzyszył dźwięk: szum morskich fal. To on nadawał rytm pokłonom, wyskokom, saltom. Tytułowa „Fontanna miłości” ukazana w takim kontekście okazała się niczym innym jak ejakulacją; rodzajem ofiary złożonej niewzruszonej bogini albo atakiem na jej niewinność.

Do podobnej konfrontacji męskości i kobiecości doprowadziły działania grupy ŁUHUU!. Dziewczyny kolejny raz wystąpiły w białych, koronkowych sukienkach baletnic, ale tym razem zamknęły się w przezroczystych, pleksiglasowych pudełkach. Podobnie jak Monika Konieczna, odgradzając się od świata, tworząc wokół siebie umowną sferę izolującą.

Pudełka zaopatrzone były w coś w rodzaju smyczy oraz w kółka, dzięki czemu można je było wraz z zawartością przemieszczać, ustawiać w dowolnym miejscu, w dowolnej konfiguracji. Ta właśnie możliwość ujawniła złożoność relacji międzyludzkich, a obserwacja osób, które weszły w interakcję z przedmiotami, dostarczyła ciekawego materiału do analiz kulturowych i psychologicznych. Najaktywniejszą grupą, jak zwykle podczas wystąpień ŁUHUU!, byli mężczyźni. Całymi grupami wozili grzecznie siedzące w pudełkach laleczki, przywiązywali je do słupków – jak pieski – byle tylko nie uciekły, bądź przenosili je, niczym w lektykach, z jednego miejsca na drugie.

Dziewczyny pozostawały niewzruszone – jak sztuczne marionetki bez emocji czy też zdystansowane i patrzące z góry księżniczki (zresztą za szklaną szybą i z czerwonymi różami u stóp przypominały baśniową Królewnę Śnieżkę, śpiącą w kryształowej trumnie) zdawały się nie interesować zabiegami przechodniów. Nie zrobił na nich wrażenia nawet macho, który z nonszalancją wsparty o jedno z pudeł, z pełnym ironii uśmiecham na twarzy rozmawiał przez komórkę – ciekawe, z kumplem, a może z mamą lub kochanką… Zachowywał się tak, jakby wewnątrz przezroczystego przecież opakowania nie widział nikogo.

Przyjmując inną linię interpretacyjną, można też mówić o stanie hibernacji, w jaki wprowadziły się bohaterki przedsięwzięcia. W bezruchu i upale przesiedziały w swoich pudełkach wiele godzin. Co skłoniło je do takiego eksperymentu: masochizm? potrzeba sprawdzenia się?… Zamieniły się przecież w przedmioty, z którymi każdy mógł zrobić to, co chciał. Było to z jednej strony perwersyjnym aktem oddania się, a z drugiej rodzajem subwersji, niemym protestem. Zawziętość i determinacja wypływała przecież z ich wewnętrznej siły.

Performance Katarzyny Goleń, Kariny Marusińskiej, Natalii i Agnieszki Rzeźniak można odczytać wieloznacznie, akcentując różne jego aspekty, zwracając uwagę na rozmaite elementy. Jednak tym, co zastanowiło mnie najbardziej był fakt, że mimo naklejonych na opakowaniach informacji: „Zbij szybę w przypadku niebezpieczeństwa” (doklejonych przez Pawła Jarodzkiego, który przeprowadził uliczną akcję „wlepiania”), nikt nie odważył się rozbić plastikowych twierdz-pułapek i uwolnić dziewczyn. Motyw dziewczynki, która wolałaby nie dorosnąć, pojawiający się w pracach Koniecznej i ŁUHUU! (jest on obecny również w najnowszej literaturze), ujawnia konflikt charakterystyczny dla patriarchalnej kultury – rozszczepienie rozumu i uczuć, duchowości i seksualności. We współczesnym świecie nadal nie ma miejsca dla inności – inności kobiety aktywnej, twórczej, intuicyjnej, po co więc dojrzewać…

Mniej genderowo można odczytać prace prezentowane na terenach Wrocławskiego Centrum SPA. Kluczem do nich może być akwaestetyka. W instalacji Dominiki Sobolewskiej („Narodziny Wenus”), wideoprojekcjach Anny Szczepańskiej („Paradise Now!”) i Kaliny Wińskiej („Podwójne, potrójne…”) metafory wody połączyły się z metaforami czasu – czasu twórczego, czasu do kontemplacji, relaksu bądź wspominania.

Czasu minionego, zapisanych w pamięci portretów poznanych osób szukała Kalina Wińska. Jej praca: „Podwójne, potrójne…”, choć zdawała się w niczym nie przypominać „Drzewa świadomości”, prezentowanego podczas ubiegłorocznego SURVIVALU, miała z nim wiele wspólnego. Tam były soki pamięci i świadomości sączące się rurkami kroplówek, tu, przepływające niczym po torach pływackich, rzucane na wodę przezrocza. Obrazy wyświetlane na basenie migały raz w tempie powolnego zanurzania się w wannie: falujące pod wodą, przypominające wodorosty włosy, bąbelki wydobywające się z nozdrzy… Innym razem jak bity w mózgu-komputerze: obraz za obrazem, twarz za twarzą, coraz szybciej, coraz bardziej rozmazując się, tracąc kontury. Twarze młodych kobiet przepływały obok siebie, jak ludzie mijający się na ulicach miast czy siedzący w dwóch różnych pociągach odjeżdżających z jednego peronu w przeciwne strony o tym samym czasie. Ich tożsamość rozmywała się, jakby zlewały się w jedną osobę.

W świecie wykreowanym przez Sobolewską również można było się zatracić. Kojący szum morza i krzyki mew – twórczo wykorzystany wakacyjny kicz – w połączeniu ze zwielokrotniającą mocą luster, wpisany w przestrzeń łaźni miejskich, dawał namiastkę raju, miejsca niebiańskiego relaksu, ale i umożliwiał zajrzenie w siebie, a nawet zatracenie się w tym patrzeniu. Chcąc, nie chcąc, zmiana układu odniesienia bywa niekiedy zbawienna.

Marzenia spełniał na wielu poziomach projekt „Paradise Now!” Anna Szczepańska pozwoliła odwiedzającym baseny SPA uczestniczyć w kreacji jej wideoinstalacji. Przy użyciu specjalnego programu komputerowego wytrwałym udawało się powołać do życia nowe istnienia, tzw. kreatony, które niczym ryby, nie wiadomo którędy wpływały do basenu. Kiedy powstała już odpowiednia ich ilość, do wody wskoczyła sama pomysłodawczyni, przemieniona w syrenę. Metamorfozie sprzyjał chyba mikroklimat miejsca: wilgoć i ciepło, kojarzące się z inkubatorem, pora: noc (projekcja ruszała codziennie około 21. i trwała do 1.) oraz dźwięk: syntetyczny, jednostajny odgłos wpadania kamienia do studni pełnej wody.

Projekcją innego snu – o przyjaźni, miłości i porozumieniu – był „pluszowy” obiekt „Dialog (w radosnej) przyszłości”, autorstwa Krzysztofa Skarbka. Trzymające się za ręce dziwaczne maskotki można uznać, tak jak syrenę z wideoinstalacji Szczepańskiej, za symbole Innego, który pragnie akceptacji.

W wielu pracach prezentowanych w Centrum SPA było jednak coś niepokojącego. Przecież maskotki Krzysztofa Skarbka – z pozoru niewinne i miłe – kryły w swoich sercach małe laleczki zaopatrzone w karabiny (przypominały malowane na ścianach lalki-żołnierki Moniki Koniecznej – praca prezentowana na SURVIVALU 1 w 2003 roku). Poetyckość została również zdominowana przez irytującą dosłowność lejącej się z kranu wody („Pantarej” Marcina Boni) czy kropli „ścigającej” uwięzioną na dnie wielkiej wanny dziewczynę („Czy przetrwa…?” Izy Chamczyk). Odgłos kapiącej z kranu wody denerwuje chyba każdego, a co jeśli kropel będzie tak wiele, że realne stanie się zalanie jakiegoś pomieszczenia? Bohaterka wideo-instalacji Izy Chamczyk z jednej strony bała się spadających na nią kropel wody, uciekała przed nimi, wciskała się w kąt, z drugiej zdawała się być zafascynowana niebezpieczną sytuacją. Starała się obserwować i uprzedzać swojego „prześladowcę”, chciała być od niego szybsza.

Zabawa podszyta dreszczykiem emocji to coś charakterystycznego dla SURVIVALU. Na przykład zwielokrotnienie obrazu, z jakim miało się do czynienia w pracy Natalii Nguyen, groziło zagubieniem się, rozmyciem, zatraceniem tożsamości. Jej „OBRAZO-MANIE”, podobnie jak „Ubranie” Marii Porzyc, „Paradise Now!” Anny Szczepańskiej czy „Narodziny Wenus” Dominiki Sobolewskiej, nie były niewinne. We wszystkich wspomnianych wyżej przypadkach mieliśmy do czynienia z powoływaniem nowych bytów lub/i z przemianą. Performance Porzyc opierał się chociażby na prowadzącym do transgresji rytuale: zrzucenie dawnego stroju, obmycie się i nałożenie na siebie nowej szaty.

Jak co roku na SURVIVALU 5 pojawiły się też komentarze współczesnej polskiej rzeczywistości: moherowe berety niczym z reklamy Benettona (praca autorstwa Anny Syczewskiej) czy przesiadujące przed kominkiem bałwany Elżbiety Wałaszek („Adaptacja”) nie potrzebowały zbędnego komentarza. Dla tych, którzy pamiętają czasy kolejek po papier toaletowy, prowokatorski ton miała akcja Danuty Nawrockiej „Miejsca”. Nie można było przejść obojętnie koło niby-ruletki Darii Mileckiej („Emptiness”), performance’u Hanny Śliwińskiej („Wolno bawić się jedzeniem”) ani działań Eweliny Pacyniak („Jest”). Ich poczynania z pewnością nie były neutralne, nie były też nieśmiałą próbą uderzenia w stereotypy, subtelną negacją oczywistości. My Polacy lubimy przecież klarowne sytuacje, z łatwością podejmujemy decyzje, jesteśmy obowiązkowi, przestrzegamy zasad, nie lubimy bawić się jedzeniem, nie marnujemy go, zgodnie zasiadamy przy jednym stole… A Milecka, Śliwińska i Pacyniak zaproponowały zabawę w losowanie: co dziś zrobię, a co sobie odpuszczę; pozwoliły, a nawet zainicjowały rzucanie jedzeniem… Takie marnotrawstwo!

Polityczne aluzje jeszcze wyraźniej widoczne były w obiekcie z literek i rurek Krzysztofa Wałaszka. „Wesołe literki” powinny raczej nosić tytuł: „Przecieki”, tak wiele w tym roku mieliśmy w naszym kraju afer, ujawnionych tajemnic i sensacji. Dużo do myślenia dawał również „Guard Geniale” Tomasza Bajera, strzegący granic nieistniejącego państwa genialnego oraz wiele mówiąca o kondycji artysty i sztuki arcypomysłowa „Pierwsza polska rzeźba samo zarabiająca” Tomasza Opani.

Na innego rodzaju lekcje – lekcje poruszania się w przestrzeni – zaprosili odwiedzających tegoroczny Przegląd Jaro Varga, Angelika Milaniuk, Iza Marszałek. Varga udzielał wskazówek, jak bezpiecznie przechodzić przez pasy (interwencja „Look right”), Milaniuk prowadziła śladem czerwonych stóp naklejonych na asfalt (interwencja „Nowy kierunek ruchu”), a Marszałek dostarczyła użytecznego paska narzędzi z dolnej części komputerowego ekranu, by można było lepiej działać w terenie. Praca „Pulpit” Izy Marszałek stała się tym samym negacją rzeczywistości: mamy przed sobą parkową alejkę, czy zdjęcie? To widok prawdziwy, czy wygenerowany przez komputer?

Można było również przyjąć survivalowe zaproszenie od drewnianego chłopca – Jana Mioduszewskiego – i wyruszyć z nim w drogę „W kółko po Wrocławiu” (performance), poruszać się po szachownicy naklejonej na chodniku przez Ewelinę Sośniak (interwencja „Szachownica”) lub zapuścić w nieznane rejony „ulicy Dominiki Łabądź” (interwencja polegająca na zamianie tablic z nazwami ulic). Bardziej dyrektywny okazał się Radek Poray, który w wybranych przez siebie miejscach napisał kredą: „No nie chodzić po tym!”.

Sporo tego typu instrukcji, porad, napomnień i złotych myśli pojawiło się na tegorocznym SURVIVALU. „Zabijcie wszystkich Bóg rozpozna swoich” Pawła Kowzana, „tu”, „tu, tu, tu…”, „jest”, „jest, jest, jest…”, „na”, „na, na, na…”, „to jest tu” – wypisana na gmachu Opery „Topografia semantyki” Stanisława Drożdża. Wychodzi na to, że wciąż mocno wierzymy w sprawczą moc słowa.

Po takich ekstremalnych przeżyciach nie pozostawało nic innego, jak towarzyszenie w sentymentalnych podróżach chłopakom ze Sławnej Grupy Sentymenty czy Grupy OŁBIN. Zmysłowa przyjemność podziwiania łabędzi, wdychania zapachu jeziora, zabaw na trawie z wideo Krzysztofa Furtasa, Daniela Koniusza i Mateusza Pireckiego czy podglądania przez okna mieszkańców Ołbina (starej dzielnicy Wrocławia) sfilmowanych przez Grupę OŁBIN, mogła udzielić się każdemu. Można też było rozpłynąć się w obrazach Teresy Czepiec-Chwedeczko: gdzieś poza czasem, w ulicznym zgiełku jakiegoś nieznanego miasta, w anonimowym tłumie (wideo-projekcja „Panta rei”).

Tegoroczna edycja Przeglądu, organizowana przez Galerię !SPUTNIK oraz Fundację Art Transparent, miała wiele lirycznych, a nawet melancholijnych akcentów. Magia wody, celebrowanie jej tajemniczej natury, zaklęcia, rytuały. Fizyczno-zmysłowe przechodzenie z jednej rzeczywistości do drugiej. Wzajemne przenikanie się, przekształcanie. Zanurzanie się w czasie, przestrzeni, sztuce… Myślę, że, jak żaden inny, SURVIVAL 5 będę wspominała z sentymentem.

Gabriela Dragun, krytyczka sztuki i literatury

Tekst ukazał się również w  katalogu 5. edycji Przeglądu Sztuki Sruvival

Nasz serwis korzysta z cookies w celu analizy odwiedzin.
Zapoznaj się z naszą polityką prywatności